Agnieszka Zakrzewicz swą dziennikarską pracę rozpoczęła w Radiu Watykańskim. Dziś, mieszkając od 20 lat w Rzymie i pracując jako korespondent zagraniczny dla polskich mediów, opowiada o kulisach Kościoła i Watykanu. W szczególności o tych sprawach, które najbardziej dotykają problemu kobiet w funkcjonowaniu tej instytucji, pedofilii, homoseksualizmu, sekularyzacji współczesnego społeczeństwa oraz przemian Kościoła katolickiego w epoce „postwojtyłowej“. W blogu „W cieniu San Pietro“ znajdziecie wszystko to, o czym otwarcie pisze prasa zagraniczna, a o czym z trudnością przeczytacie w prasie polskiej.

Ukazało się wdanie włoskie "Watykańskiego labiryntu"

Ukazało się wdanie włoskie "Watykańskiego labiryntu"

Kliknij "lubię to" - W cieniu San Pietro fan page na Facebook

sobota, 3 października 2015

152. Ilu księży gejów jest w Kościele?



Wspomnienia z seminarium w Polsce i we Włoszech 



Anonim – młody mężczyzna o orientacji homoseksualnej, który studiował w seminarium najpierw w dużym mieście w Polsce, a później we Włoszech. Zrezygnował z kapłaństwa. Dziś mieszka w Warszawie i pracuje w znanej firmie ubezpieczeniowej. Jest zdeklarowanym zwolennikiem PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego.


Jak narodziło się Pana powołanie? 

Od samego początku, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, znajdowałem się zawsze blisko Kościoła. Byłem dzieckiem parafii, które chodziło niemal codziennie na msze, zaglądało do zakrystii, przyjaźniło się z księżmi. Odkąd pamiętam, zawsze była we mnie ta myśl, że gdy skończę liceum, pójdę do seminarium i zostanę duchownym.
Nie spotkałem księdza, który stał się dla mnie wzorem, bardziej fascynowała mnie cała otoczka – fakt, że kapłan jest w centrum uwagi, budzi szacunek, że jest ważny. Teraz, myśląc o tym po latach, sądzę, że to właśnie było szczególnie atrakcyjne – ołtarz i to, co się za nim dzieje, oraz rola księdza i Kościoła w przestrzeni publicznej.
Zaraz po maturze pierwsze kroki skierowałem do seminarium w dużym polskim mieście. To była realizacja moich marzeń, na którą czekałem wiele lat. Wstępowałem do seminarium z czystymi intencjami – nie myślałem, że będąc księdzem, mogę zrobić karierę, wzbogacić się czy też poznać innych mężczyzn w celach seksualnych. 
 
Wszystkie marzenia związane z kapłaństwem spełniły się? 

Zaraz po wstąpieniu do seminarium moje marzenia zderzyły się z rzeczywistością, jaka tam panowała. Jak w życiu – wszystko ma swoje dobre i złe strony. Pierwszy rok spędziłem na rozważaniu, czy to miejsce jest naprawdę dla mnie, i miałem już wątpliwości. Zaczynałem rozumieć, że jest ze mną coś nie tak, jeśli chodzi o moje relacje z innymi mężczyznami, ale nie zdawałem sobie sprawy, jakie są tego powody. Nie czułem jeszcze fizycznego pociągu do innych mężczyzn i nie wiedziałem, że coś takiego jest możliwe. Owszem, wiedziałem, że istnieją homoseksualiści, ale osobiście nie znałem żadnego geja ani lesbijki.
Mężczyźni mi się podobali – było to jak drzazga, która mnie kłuła. Rozmawiałem o tym podczas spowiedzi z pewnym duchownym, ale wydawało mi się, że całkowicie panuję nad swoimi emocjami. Są księża heteroseksualni, którym podobają się kobiety i którzy muszą przecież jakoś uporządkować w sobie te ciągoty. Myślałem więc, że moja seksualność to coś, nad czym wystarczy pracować.
Po latach spotkałem się z kolegą, który jest księdzem gejem, i przeprowadziliśmy szczerą rozmowę. Okazało się, że wtedy w seminarium każdemu z nas wydawało się, że jesteśmy jedynymi osobami o tendencjach homoseksualnych, tymczasem było nas wielu.

Jak zaczęły się Pana pierwsze doświadczenia seksualne? 

Podczas rozmów z kolegami z seminarium w czasie wolnym rzuciłem jakiś niewinny tekst i nie zdawałem sobie w ogóle sprawy z tego, że może on sprowokować kogokolwiek do myślenia na mój temat. Od tego czasu pewien seminarzysta zaczął mi okazywać wielką uwagę. Czułem ciśnienie z jego strony, ale zupełnie nie wiedziałem, o co chodzi. Ja chciałem być czysty, nie interesowały mnie więc inne osoby ani fizycznie, ani uczuciowo. Ten seminarzysta jednak bardzo się mną interesował. W końcu doszło między nami do fizycznego zbliżenia. Ja się fatalnie później z tym czułem. Zerwałem natychmiast wszystkie stosunki z tym kolegą. Z jego strony nie było to takie proste, miał wyrzuty sumienia, ale chciał kontynuować. Ja jednak miałem zamiar być księdzem, który szanuje śluby czystości.

Jak długo to się Panu udało? 

Krótko. Podczas wakacji wyjechałem za granicę i tam poznałem pewnego księdza, który bardzo mi się podobał. On też był Polakiem. Byliśmy razem na romantycznej kolacji, był alkohol i później doszło do jednoznacznej sytuacji. Ja miałem wtedy dziewiętnaście lat, on trzydzieści pięć. Różnica wieku była więc dość duża.
Był to dla mnie drugi jasny sygnał co do moich tendencji seksualnych. Nie miałem jednak po tym jakichś specjalnych wyrzutów sumienia, jak za pierwszym razem. To była dziwna historia. Ta osoba bardzo mi się podobała nie tylko fizycznie. Spędzaliśmy ze sobą wiele czasu podczas tego wyjazdu. Wszystko było całkiem niewinne. Dopiero na sam koniec przerodziło się w seks.

Co się stało dalej? 

Po wakacjach powróciłem do seminarium i kontynuowałem swoje normalne życie. Nigdy sam nie szukałem przygód – nie chodziłem po klubach gejowskich czy na miejsca schadzek, tak jak to robi wielu duchownych. Nie szperałem po Internecie. Owszem, domyślałem się, że ten „ukryty świat” istnieje, ale nie interesowało mnie to.
Po osiemnastu miesiącach odszedłem z polskiego seminarium w swoim rodzinnym mieście i w 2000 roku wyjechałem do Włoch, z bardzo mocnym postanowieniem, iż kończę raz na zawsze z jakimikolwiek relacjami, bo przecież jadę do Świętego Miasta, do seminarium papieskiego. Czułem się brudny. Czułem w sobie hipokryzję pomiędzy tym, co myślałem i czułem, a tym, co zrobiłem. Nie było to uczciwe – przebywanie w instytucji, która wymagała czystości, chodzenie na modlitwy, udawanie niepokalanego i grzeszenie na boku.

I co? Wpadł Pan z deszczu pod rynnę? 

Miałem jak najlepsze intencje: chciałem się oczyścić poprzez modlitwę, rozwijać się. Tak przeżyłem pierwszy i drugi rok. Włoskie seminarium było zupełnie inne niż polskie – bardziej otwarte, bardziej ludzkie. Miałem wielu przyjaciół, serdeczne relacje z ludźmi. Przebywałem wśród samych Włochów. W seminarium studiował jeszcze jeden Polak, ale praktycznie się unikaliśmy.
To był bardzo fajny okres w moim życiu. Osiągnąłem całkowity spokój.
Niestety, został on w końcu zachwiany przez pewną relację, która zaczęła się w sposób bardzo niewinny – od rozmowy, spacerów, SMS-ów bez żadnego podtekstu. Po pewnym czasie ta znajomość przerodziła się w namiętność. Zupełnie straciłem rozsądek, bardzo dziwne uczucia mną targały. Z jednej strony było to doświadczenie bardzo pozytywne. Pierwszy raz w życiu byłem zakochany lub całkowicie zauroczony jakąś osobą i to było piękne. Z drugiej strony była to siła niszczycielska, która zupełnie zniweczyła wszystko, co starałem się zbudować w sobie przez dwa lata. To, co miałem poukładane w głowie, nagle runęło. Zaniedbywałem wiele sfer swojego życia, praktycznie wciąż myślałem tylko o tej osobie. W pewnym momencie on okazał się mądrzejszy ode mnie i stwierdził, że musimy zakończyć naszą relację. Ja byłem w takim stanie, że było to dla mnie nie do przyjęcia. W ciągu kolejnego roku mieliśmy się nie spotykać, a jednak się spotykaliśmy. Wszystko to było bardzo trudne.
W międzyczasie miałem relację także z innym seminarzystą, którą jednak bardzo szybko zerwałem. Oprócz tego było wiele znajomości – wyczuwałem, że okazywano pewne zainteresowanie moją osobą, ale nie robiłem nic, aby ukierunkować je na tor uczuciowo-seksualny.

Czy w Rzymie przeżywał Pan „szalone noce księży gejów” – chodził do lokali gejowskich na Testaccio, saun, Gay Village i innych miejsc, do których uczęszczało rzymskie środowisko kościelne? 

Nie. Nie chodziłem nigdy do tych miejsc. Nie byłem nigdy w Muccaassassina1. Nie przyszło mi to nawet do głowy. Nie wiedziałem wtedy, że są takie miejsca w Rzymie i że tyle osób tam chodzi. Pewnie spłonąłbym ze wstydu, gdybym tam wszedł. Moje życie uczuciowe i seksualne toczyło się w seminarium.

I nikt was nie odkrył? 

Nie chodziliśmy po korytarzach seminarium, trzymając się za rękę. Oczywiście staraliśmy się ukryć jak najstaranniej naszą relację, o ile było to możliwe. Owszem, niektórzy dawali nam do zrozumienia, że coś wiedzą, ale nikt na nikogo nie donosił. To, że dwóch mężczyzn się ze sobą przyjaźni, spędza razem wiele czasu, chodzi na wspólne spacery – w seminarium jest raczej normalne i nikogo aż tak nie dziwi.

Czy w końcu przyjął Pan święcenia kapłańskie?

Nie. Odszedłem z seminarium w 2007 roku. Tak naprawdę czekałem bardzo długo na ten moment. Ostatni dzień, kiedy wylatywałem z Włoch, był dla mnie wielką ulgą. Odetchnąłem. Poziom duszności, jaki odczuwałem w związku z tym, jak żyłem i co robiłem, był dla mnie już nie do zniesienia. Chodzenie na poranne msze, rekolekcje, spotykanie się z ojcem duchowym było dla mnie prawdziwą torturą. Wszystko to, co robiłem, odczuwałem wtedy jako totalny bezsens. Była to pustka, w którą brnąłem. Moja miłość z seminarium przyjęła święcenia i jest nadal księdzem.

Stwierdził Pan, że kapłaństwo nie jest Pańską drogą, i odszedł Pan uczciwie z seminarium...

Tak. W porę się zorientowałem, że to zupełnie nie jest moja droga. Nie chcę oceniać innych osób, które przeszły w seminarium podobne doświadczenia i pomimo wszystko zdecydowały się na kapłaństwo.

Ale Pana ocena jest oceną z punktu widzenia człowieka, któremu wpojono, że homoseksualizm jest grzechem - ale są inne Kościoły niż katolicki, w których homoseksualistów się akceptuje. 

To prawda, dlatego wolę nie oceniać księży gejów. Ja byłem na pewno zmęczony podwójnym życiem oraz tym, że jakaś relacja trwa, a później jest nagle przerywana, bo ktoś ma wyrzuty sumienia. Wykańczało mnie to ciągłe „chciałbym, ale przecież nie mogę”. Na to wszystko nakładało się codzienne życie w seminarium, nauka, obowiązki w parafii. Byłem tak zmęczony psychicznie, że dla własnego dobra musiałem odejść.
To stało się bardzo szybko i bezproblemowo. Praktycznie z dnia na dzień. Poszedłem na rozmowę do biskupa i powiedziałem mu jasno, jak wygląda moja sytuacja. To była bardzo serdeczna rozmowa. Zostałem przyjęty ciepło, ze zrozumieniem. Podziękowałem za wszytko. Potem wróciłem do seminarium, spakowałem swoje najważniejsze rzeczy i następnego dnia odleciałem z Rzymu. Moje książki, których było bardzo wiele, cały mój „dobytek” zgromadzony przez tych kilka lat pozostawiłem tam. Nie miałem siły organizować przeprowadzki. Bez uprzedzenia przyleciałem do Polski, do rodziców.

I jakie było lądowanie? 

Twarde. Przez pół roku nie mogłem się odnaleźć, oddzielić od przyzwyczajeń życia kościelnego, które determinuje zachowanie, myślenie, ubieranie się, a nawet zwykłe gesty. Potrzebowałem trochę czasu, zanim to wszystko opanowałem i wróciłem do normalnego życia.
Dopiero po kilku miesiącach pomyślałem, że może pójdę do jakiegoś gejowskiego klubu i zobaczę, jak to jest. Zaproponowałem wtedy jednemu ze swoich kolegów, nie wiedząc, że on też jest ukrytym gejem, abyśmy poszli gdzieś razem. Pierwsze zetknięcie ze środowiskiem homoseksualnym było fatalne. Ale później się zadomowiłem.

Czy Pana zdaniem jest wielu homoseksualistów wśród księży? To mniejszość czy większość?

Rozmawiałem kiedyś o tym z przyjacielem, polskim księdzem gejem. Opowiedział mi wtedy, że słuchał kiedyś w Radiu Maryja pewnego zagranicznego eksperta, który leczy z homoseksualizmu. Szacował on, że w polskim Kościele jest około 30 procent gejów. Wtedy interweniował ojciec Rydzyk, mówiąc, że chyba 0,3 procenta. Śmialiśmy się, że kalkulacje zagranicznego eksperta są mocno niedoszacowane i że w Polsce miałby na pewno dużo pracy.
Mój przyjaciel skończył seminarium dwadzieścia lat temu, ja skończyłbym przed kilku laty. Policzyliśmy seminarzystów z naszych kursów, o których wiedzieliśmy, że na pewno są gejami, lub których o to podejrzewaliśmy. Wyszło nam, że jest to przedział od 30 do 50 procent. Aż sami się zdziwiliśmy. Na pewno 30 procent księży, jakich znamy, jest gejami.

 Czy można być księdzem i gejem jednocześnie? 

Kiedy wstępowałem do seminarium, uczono, że samo bycie homoseksualistą nie jest grzechem. Grzechem są czyny lubieżne. O swoich tendencjach rozmawiałem wielokrotnie z ojcem duchowym we Włoszech. Jeżeli ktoś miał tendencje homoseksualne, nie było to elementem, który by go dyskwalifikował ze stanu duchownego. Było to coś, z czym można współżyć, poukładać to w sobie, tak jak trzeba poukładać całą swoją seksualność. Nie było istotne, czy podobają ci się kobiety, czy mężczyźni. To była wykładnia w prowadzeniu seminarzystów. Dopiero kilka lat temu nastąpiła zmiana. Za czasów papieża Benedykta XVI został wydany dokument (2), który mówi, że osoby z głęboko zakorzenionymi tendencjami homoseksualnymi nie powinny być przyjmowane do seminarium ani wyświęcane, niezależnie od tego, czy są homoseksualistami biernymi czy aktywnymi.

Czy to rozporządzenie jest słuszne?

Nie wiem. Jest bardzo wielu księży homoseksualistów. Trudno mi powiedzieć, czy to właśnie nie seminarium – jak wszystkie struktury zamknięte, monoseksualne – prowokuje do pewnych zachowań homoseksualnych, tak jak na przykład więzienie. Przebywanie wśród samych mężczyzn na pewno sprzyja zachowaniom homoseksualnym, które mogą się później utrwalić i pozostać już na całe życie. Wielu seminarzystów homoseksualistów nawet nie wie o swoich tendencjach. Droga kapłaństwa jest często pretekstem, by ukryć swój brak zainteresowania dziewczynami w okresie dojrzewania oraz nie wzbudzać podejrzeń rodziny i otoczenia.
Nie wydaje mi się, aby zamykanie homoseksualistom drogi do kapłaństwa było słuszne. Wielu takich księży ma prawdziwe, głębokie powołanie. Wiem jednak, że Watykan ma prawo mieć swoje prerogatywy i wprowadzać ograniczenia. Szanuję to. Nie każdy musi być księdzem czy księdzem w Kościele katolickim.

Czy tendencje homoseksualne wpływają na pracę księży? 

Są księża, którzy prowadzą bujne życie seksualne – uczęszczają do klubów nocnych, dużo czasu spędzają na szukaniu kontaktów w Internecie. Ponieważ na taką działalność nie ma przyzwolenia, ukrywanie tego pochłania im wiele energii. Inni nie wiodą aktywnego życia seksualnego, nie uwidaczniają nigdy swoich tendencji. Co najwyżej w zamkniętym kręgu bardzo bliskich znajomych księży gejów mogą powiedzieć, że podoba im się jakiś wierny z parafii czy inny ksiądz. Ale pewnie tak samo zachowują się księża heteroseksualni, którym podoba się jakaś parafianka. Myślę, że w przypadku duchownych, którzy nie prowadzą aktywnego życia seksualnego, homoseksualizm nie ma absolutnie żadnego wpływu na ich pracę duszpasterską.
Większość moich znajomych księży to homoseksualiści. Wielu z nich to ludzie już dojrzali. Czasami postrzegam w nich chęć przejścia do aktywnego życia seksualnego, gdyż dzisiaj Internet oraz kluby homoseksualne ułatwiają i umożliwiają kontakty, a także zapewniają anonimowość. Oni są jednak już tak wewnętrznie poukładani, że chyba nigdy nie odważą się na ten krok.

We Włoszech wielki skandal wywołało dochodzenie dziennikarskie Le notti brave dei preti gay (szalone noce księży gejów) tygodnika „Panorama”, przeprowadzone w 2010 roku przez dziennikarza Carmela Abbate, ujawniające bardzo rozwiązłe życie duchownych homoseksualistów w Rzymie. W Polsce w 2012 roku „Newsweek” przeprowadził podobne dochodzenie (3). Czy polskie „ciało kościelne” też jest tak bardzo rozwiązłe? 

Czy jest ono aż tak rozwiązłe, tego nie wiem. Rzym na pewno oferuje więcej możliwości. Wielu polskich księży uczęszcza do klubów dla homoseksualistów – wiem o tym, bo ich tam widuję. Jest wiele innych miejsc schadzek gejowskich – nie wiem, czy tam też bywają, bo nie chodzę. Z pewnością większość księży to „turyści seksualni”, wolą się przemieszczać do innych miast, aby nie zostać rozpoznani.

Niektórzy księża, a także ważni hierarchowie watykańscy (4), twierdzą, że nie ma żadnego związku pomiędzy celibatem a pedofilią, jest natomiast pomiędzy homoseksualizmem a pedofilią. Jakie jest Pana zdanie na ten temat? 
 
Nie spotkałem się jeszcze nigdy z przypadkiem, aby jakiś mój znajomy ksiądz gej miał tendencje pedofilskie. Poza tym jest bardzo wielu mężczyzn pedofilów, którzy wykorzystują seksualnie dziewczynki, więc pedofilia nie ma chyba nic wspólnego z homoseksualizmem.

Na czym polega różnica pomiędzy seminarium polskim a włoskim? 

Seminarium polskie, do którego uczęszczałem, wspominam jako zamkniętą twierdzę. Nie mogliśmy praktycznie wychodzić, czas wolny był bardzo ograniczony. Wszystko było do tego stopnia kontrolowane przez naszych przełożonych, że nawet przejście przez korytarz nie umykało ich uwadze. Stosunki pomiędzy nami a przełożonymi też były bardzo formalne i przede wszystkim chłodne. To była relacja pomiędzy nadzorcą a nadzorowanym. Nigdy nie jedliśmy w tym samym miejscu, przy jednym stole, i oczywiście seminarzyści jedli gorsze rzeczy niż przełożeni. To pokazuje najlepiej poziom hierarchizacji, jaki panował w tej instytucji. Swojego rektora czy niektórych przełożonych zapamiętałem jak najgorzej – to były osoby, które nie powinny być wychowawcami. Ich rola ograniczała się do funkcji cenzorów i nadzorców.
Po przejściu przez to polskie seminarium początek pobytu w seminarium włoskim był dla mnie szokiem.

Dlaczego? 

Przede wszystkim wspólnota była o wiele mniejsza. Podstawową różnicą było właśnie to pojęcie wspólnoty. W Polsce ono w ogóle nie istniało, natomiast we Włoszech wszystko było wspólnotowe. Wspólne wyjazdy, wspólne posiłki, wspólne kolacje poza seminarium. Jedliśmy zawsze razem, jedliśmy zawsze to samo. Było dla mnie nie do pomyślenia, że wieczorami siadaliśmy razem z rektorem przed telewizorem, popijając piwo, lub wychodziliśmy z przełożonymi do baru na drinka i spokojnie paliliśmy przy nich papierosy czy rozmawialiśmy swobodnie o wszystkim.
Może czasami ta granica między rektorem a seminarzystami przesuwała się zbytnio w kierunku „koleżeństwa” i to mnie trochę irytowało, ale to był zupełnie inny świat. W stosunku do przełożonych używaliśmy terminu „edukatorzy” i to naprawdę oddawało ich stosunek do nas.

Taka wolność sprzyjała rozwijaniu się relacji uczuciowo-seksualnych pomiędzy seminarzystami? 

W pewnym stopniu tak, gdyż przełożeni mieli do nas więcej zaufania, traktując nas jak ludzi dorosłych. Wiadomo, że tam, gdzie jest więcej swobody, jest więcej możliwości przekraczania wyznaczonych granic. Nie było czegoś takiego jak cisza nocna, gdy przełożeni – tak jak w Polsce – chodzili po korytarzach i reagowali na każdy szmer. Seminarium włoskie mogliśmy opuszczać swobodnie, wychodzić na spacery, jeździć wypożyczonym samochodem na wycieczki. Praktycznie robiliśmy to, co chcieliśmy. W polskim seminarium wyjścia były tylko w ściśle określone dni, o ściśle określonej godzinie i na krótki czas – nie było więc mowy, aby widywać się z kimś oprócz rodziny.
Oczywiście dla osób, które chciały łamać wyznaczone zasady, taka doza zaufania była najlepszą okazją, ale byliśmy traktowani jak ludzie dorośli i odpowiedzialni.

W seminarium włoskim czuł się Pan jak człowiek dorosły i wolny, a w polskim jak dziecko w zakładzie zamkniętym?

Kiedy wstępowałem do polskiego seminarium, nie wiedziałem, że seminarium może wyglądać inaczej. Wszyscy mówili, że to jest normalne, że tak musi być, bo naszym zadaniem jest skupiać się tylko na modlitwie, w związku z czym musi być rygor i dyscyplina. Nie jest to wcale prawdą, bo w Polsce są seminaria bardziej otwarte, stawiające na rozwój ogólnoludzki. Ja trafiłem akurat do seminarium średniowiecznego – od dwudziestej drugiej do szóstej nie można było się wcale odzywać, dyscyplina była wojskowa, panował całkowity brak zaufania. 

Jakie różnice pomiędzy Kościołem we Włoszech a Kościołem w Polsce uderzyły Pana najbardziej? 

Przede wszystkim relacje księży z parafianami. Włoskie parafie to też wspólnoty, gdzie ksiądz zna wszystkich osobiście, wita się z nimi na ulicy, rozmawia, wykonuje serdeczne gesty. Tam wszyscy wierni uczestniczą w życiu parafii, organizują spotkania i święta, bywają często w zakrystii.
U nas w Polsce, zwłaszcza w dużych miastach, wierni są anonimowym tłumem, który przychodzi do kościoła, by dawać na tacę. Przy kościele skupia się tylko wąska grupa ludzi wybranych – często są to dewotki lub mężczyźni mający jakieś problemy psychiczne i w związku z tym nadgorliwi religijnie. Ksiądz jest traktowany jak bożyszcze, któremu trzeba kłaniać się na ulicy, uchylając czapkę: nadal bywa w obyczaju całowanie go w rękę.
Jestem trochę zażenowany tym, jak patrzę na Kościół w Polsce i porównuję go z Kościołem włoskim. Widzę, jak nasz zatracił kompletnie misję społeczną. We Włoszech natomiast niektórzy księża zatracają duchowość i wymiar mistyczny liturgii, stając się działaczami społecznymi. Myślę, że pomimo całkowitego odwrotu od Soboru Watykańskiego II, który nastąpił podczas pontyfikatu Jana Pawła II, włoski Kościół jest przesiąknięty duchem soborowym do głębi.
W Kościele włoskim uderzyła mnie również duża jawność finansowa. Budżet parafii jest publiczny, umieszczany w gablocie i w Internecie. Jest inny system finansowania Kościoła, z datków osób fizycznych, co faworyzuje przejrzystość finansową. Nigdy nie spotkałem się z narzekaniami ze strony wiernych, że ksiądz bierze zbyt wiele za usługi, co jest powszechne w Polsce. Nie wyczułem u księży włoskich tak widocznego u wielu polskich duchownych nastawienia na pieniądze. Tam cennik usług liturgicznych jest z góry ustalony i na tyle przystępny, że zapłacenie za pogrzeb czy chrzest nie stanowi dla ludzi problemu. Kto nie ma – nie płaci, ktoś inny da kiedyś więcej. W Polsce natomiast ksiądz jest postrzegany jak inkasent i, niestety, wiele w tym racji.
 
Czy jest Pan osobą wierzącą, która nadal chodzi regularnie do Kościoła?

Tak, jestem głęboko wierzący, choć już nie tak bardzo praktykujący jak kiedyś.

Czy uważa Pan, że w Polsce powinny zostać wprowadzone związki partnerskie lub małżeństwa homoseksualne i czy rodziny jednopłciowe powinny mieć prawo do wychowywania dzieci? 

Jestem temu absolutnie przeciwny. Uważam, że jest to sztuczny problem, bo znam od środka środowisko gejów. Tak naprawdę nikt w nim nie myśli o stałych związkach z jednym partnerem, o wspólnym mieszkaniu, zakładaniu rodziny, nie mówiąc już o wychowywaniu dzieci. Tak jest przynajmniej w środowisku, w którym ja się obracam. Te postulaty wysuwa tylko wąska grupa ludzi, która stoi na czele różnych organizacji homoseksualnych, i często wynikają one z ich osobistych kalkulacji politycznych. Większości gejów ich tak zwane prawa w ogóle nie obchodzą. Dziwi mnie bardzo, że właśnie teraz, kiedy wiele osób odchodzi od małżeństwa i woli żyć w wolnych związkach, jest takie parcie na „prawa dla homoseksualistów”.
Niestety, wydaje mi się, że środowisko gejowskie – używając staromodnego terminu – jest bardziej rozwiązłe.
Wierność nie jest cnotą w tej branży. Może mój osąd jest zbyt krytyczny, ale lekkość, z jaką traktuje się zdradę, jest czasami przerażająca. Oczywiście niewierność też jest częstym zjawiskiem wśród osób heteroseksualnych, wśród homoseksualistów jest jednak normą. 

Pozostał więc Pan nadal wierny naukom Kościoła, które Panu wpojono? 

No cóż, ja jestem bardzo konserwatywny pod tym względem i mam katolickie poglądy na sprawę rodziny.
Nie lubię też parad gejowskich, nie podobają mi się mężczyźni poprzebierani za kobiety i maszerujący ulicami w kolorowych, rozwrzeszczanych pochodach ku uciesze kamer telewizyjnych i fotografów. Jest to dla mnie obrzydliwe. Bardzo mnie denerwuje, że całe środowisko homoseksualne jest postrzegane przez ten pryzmat. Oczywiście oni mają prawo do tego, aby manifestować swoją „dumę homoseksualną”, ale ja się z tym nie identyfikuję. Jest bardzo wielu gejów normalnych, takich jak ja, którzy się wcale nie wyróżniają, i czasami nikt z otoczenia nie wie, że są oni homoseksualistami.




1 Znana dyskoteka środowiska LGBTQ w rzymskiej dzielnicy Te- staccio. Prowadziła tam imprezy Vladimir Luxuria, późniejsza pierwsza w Europie parlamentarzystka transgender, wybrana do parlamentu włoskiego. 

2 Instrukcja Kongregacji Edukacji Katolickiej nt. kryteriów rozezna- wania powołania u osób z tendencjami homoseksualnymi ubiegających się o przyjęcie do seminarium i dopuszczenie do święceń została przyjęta przez papieża Benedykta XVI trzydziestego pierwszego sierpnia 2005 roku. Zgodnie z jej treścią „niniejsza Kongregacja, w porozumieniu z Kongregacją ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, uważa za konieczne oświadczyć wyraźnie, że Kościół, głęboko szanując osoby, których dotyczy ten problem, nie może przyjmować do seminarium ani do święceń osób, które praktykują homoseksualizm, wykazują głęboko zakorzenione tendencje homoseksualne lub wspierają tak zwaną kulturę gejowską”.

3 Seks po bożemu, „Newsweek”, 23 września 2012. 

4 Watykański sekretarz stanu, kardynał Tarcisio Bertone, podczas pielgrzymki do Chile dwunastego kwietnia 2010 roku: „Wielu psychologów i psychiatrów udowodniło, że nie ma związku między celibatem a pedofilią, natomiast wielu innych wykazało, że istnieje związek pomiędzy homoseksualizmem a pedofilią”
-------------------------------------------------------------------------------------


Z książki Agnieszki Zakrzewicz "Głosy spoza chóru. Rozmowy o Kościele, papieżach, homoseksualizmie, pedofilii i skandalach" wydanej przez Czarną Owcę w 2013 r.

 "Głosy spoza chóru" to zbiór rozmów poświęconych najnowszej historii Kościoła i zadedykowanych ofiarom milczenia. Homoseksualizm i pedofilia, afery finansowe banku watykańskiego, Vatileaks, przyczyny dymisji Josepha Ratzingera, epoka postwojtyłowa, pięćdziesięciolecie Soboru Watykańskiego II, Ameryka Łacińska, a w szczególności Argentyna i rola Kościoła w ukrywaniu zbrodni junty wojskowej w latach 1976-1983. Na te tematy wypowiadają się znani watykaniści, dziennikarze, pisarze, historycy, filozofowie, prawnicy, a przede wszystkim ofiary lub ich bliscy (Carmelo Abbate, Anonim, A.W. Richard Sipe, Rossend Domènech, Paddy Agnew, Bernie McDaid, Sue Cox, Francesco Zanardi, Stowarzyszenie Niesłyszących „Antonio Provolo“, Roberto Mirabile, Nino Marazzita,
Sandro Magister, John L. Allen Jr., Giacomo Galeazzi,
Giovanni Avena, Giovanni Franzoni, Vittorio Bellavite,
Maurizio Campisi, Julio Algañaraz, María Josefina Cerutti,
Marco Politi, Gianluigi Nuzzi, Paolo Flores d’Arcais, Ignazio Ingrao, Claudio Rendina).

Kiedy Agnieszka Zakrzewicz przeprowadzała te rozmowy, nie wiedziała jeszcze ani o abdykacji Benedykta XVI, ani o wyborze kardynała Jorge Maria Bergoglia na papieża, jej książka "przepowiada" jednak właśnie te fakty. To autorka "Głosów spoza chóru" wytypowała trafnie właściwego "papabile". 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz